Posts From Category: Życie

Dziś w naszym mieszkaniu urodzi się nasz syn Jakub.

Piątek, 15.12, ok. 20:00

[Lila] Od dwóch tygodni co noc budzą mnie skurcze przepowiadające – dają o sobie znać kilka razy i jak gdyby nigdy nic mijają rano. Do terminu porodu jeszcze 5 dni, bardzo chcielibyśmy urodzić przed Świętami, nie odrywać położnej od kolacji wigilijnej, nie musieć jechać do szpitala podczas jej dyżuru w drugi dzień Świąt. Rozmawiamy często z Jakubem, mówimy mu o naszych planach urodzenia go pięknie w domu. Opowiadamy o choince, którą wczoraj ubraliśmy i o bombce z jego imieniem, która czeka tylko na dopisanie daty, w której przyjdzie na świat. I o tym, że nie możemy się już go doczekać.

[Bart] Siadamy do kolacji. Jakoś wyjątkowo spokojnie. Nie żeby wcześniej było nerwowo, ale zawsze było coś do zrobienia, coś z tyłu głowy, coś do załatwienia przed porodem. Tym razem nic takiego nie było. Tak jakby emocje na chwilę opadły, uszło powietrze, mięśnie się rozluźniły, ciążyły ku dołowi. Cisza przed burzą. Jemy i rozmawiamy o tym co się za chwilę wydarzy. Nie wiem skąd ta pewność, ale wiemy, że poród zacznie się dziś w nocy. Wszystko mamy gotowe. Przede wszystkim my jesteśmy gotowi. Minęło dziewięć miesięcy ciąży. Wystarczający czas, aby dorosnąć. No i choinka ubrana. Obiecaliśmy Jakubowi, że urodzi się zimą, na święta, że będzie choinka i śnieg. Sprawdzam jeszcze prognozę pogody, ale bez sprawdzania wiem, że w nocy będzie sypał śnieg. W rzeczywistości zacznie sypać rano – jak już będzie wiadomo, że poród się zaczął, nie poleży ani sekundy.

Sobota, 16.12, ok. 4.00

[Lila] Leżę od pół godziny i nie mogę spać, jak co noc czuję skurcze. Ale tym razem jakieś inne – niby nie silniejsze, niby nadal nieregularne i krótkie ale jest w nich coś, co upewnia mnie, że to już. W łazience orientuje się, że powoli sączą mi się wody. Czyli to dziś. Czuję spokój i podekscytowanie, cieszę się, że już niedługo poznamy naszego synka. Z radością myślę o tym, że przede mną pierwszy poród i jestem wdzięczna Bogu, że odbędzie się w domu. Nawet nie wiem kiedy myśl o porodzie domowym zakiełkowała w mojej głowie, ale było to na pewno kilka lat temu. Wydało mi się to takie normalne i naturalne – człowiek rodzi się tam, gdzie zaczęło się jego życie i gdzie – moim zdaniem – powinno się też kończyć. Życie i śmierć – wszystko wpisane w naszą codzienność, będące zarazem tak naturalne i tak niezwykłe. Przejście między światami, w spokoju, intymności, miłości, wśród najbliższych osób. Tak chciałam, żeby rodziły się moje dzieci. Czytając wzruszające historie porodowe, oglądając relacje filmowe skrycie marzyłam, że kiedyś spotkam człowieka, dla którego nie będzie to fanaberia i nieodpowiedzialność. Kiedy pierwszy raz rozmawiałam z Bartem o tym pomyśle okazało się, że całkowicie wpisuje się on w jego filozofię życia. Że oboje chcemy wziąć odpowiedzialność za narodzenie się naszych dzieci i pomóc im przyjść na świat w sposób piękny, spokojny, naturalny, niezmedykalizowany, bez zbędnych interwencji. Leżę w łóżku i z wdzięcznością o tym myślę.

[Bart] Budzi mnie Lila. Twierdzi, że ma skurcze i chyba powoli odchodzą jej wody. Zrywam się na proste nogi. Informuję Lilę, że w takim razie idę „ogarniać”. Nie mam pojęcia co miałbym ogarniać, ale pewnie coś trzeba. Lila mnie przytula i mówi, żebym szedł spać, że nie potrzebuje, żeby było „ogarnięte”, że potrzebuje, żebym za kilka godzin był wyspany i silny. Kładę się zawstydzony. W końcu to Lila właśnie zaczyna rodzić, a pozostaje oazą spokoju. Zadziwia mnie ta jej konsekwencja. Przez całą ciążę rozmawialiśmy, że poród to nie choroba i że zamierzamy rodzić w domu; że to naturalny proces i trzeba pozwolić mu spokojnie przebiec; że to nie może być ponad ludzkie siły, więc trzeba do tego podejść na spokojnie; że zamierzamy mieć wiele dzieci, więc trzeba to potraktować jako coś, co jeszcze kilka razy będziemy musieli przejść. Myślałem jednak, że jak przyjdzie co do czego i zacznie się poród, to jednak Lila trochę się zestresuje. Nie wiem czemu tak myślałem. To trochę tak, jakbym jej nie znał. Leży uśmiechnięta i emanuje spokojem. Przysypia pomiędzy skurczami. Są jeszcze rzadkie i krótkie. Ja do rana już nie zasnę.

Sobota, 16.12, ok. 10.00

[Lila] Wstajemy rano – mimo przerywanego snu czuje się pełna energii i wyspana. Dzwonię do naszej położnej Marii, ustalamy, że wejdę do wanny i sprawdzimy, czy to na pewno nie skurcze przepowiadające. Bart jest niezastąpiony – w aplikacji notuje skurcze, donosi mi suszone morele, wstawia warzywa na zupę mocy. Woda przynosi ukojenie, ale po godzinie mam ochotę przenieść się do salonu i poleżeć przy choince.

[Bart] W trakcie śniadania Lila dzwoni do położnej. Informuje o skurczach. Położna sugeruje, aby Lila wzięła ciepłą kąpiel – jeśli to skurcze przepowiadające, to powinny się uspokoić, jeśli skurcze porodowe, to powinny się rozkręcić. Lila wskakuje do wanny. Liczę częstotliwość i długość skurczy i wygląda, że poród się rozkręca. Zaczynamy gotować zupę mocy (wywar warzywny), który będzie Lili pomagał dochodzić do pełni sił po porodzie. Lila kładzie się na sofie, a ja siadam w fotelu i tak trwamy przez godzinę, dwie. Grymas twarzy jest dla mnie sygnałem, żeby włączyć stoper. Długi i spokojny wydech sygnałem, żeby wyłączyć stoper. Skurcze następują już co cztery minuty i mam wrażenie, że są coraz mocniejsze. Chyba nie mamy już wątpliwości, że dziś zobaczymy naszego syna.

Sobota, 16.12, ok. 13.00

[Lila] Po obiedzie postanawiamy pójść na ostatni zapewne spacer we dwoje. Na kolejny przyjdzie nam poczekać kilka dni, jak już Kuba odnajdzie się po tej stronie brzucha. Robimy drobne zakupy, kupujemy kwiaty na powitanie synka i wstępujemy do kościoła pomodlić się o dobry poród. Skurcze są już regularne, ale nie bardzo silne. W domu postanawiam jeszcze włączyć komputer i napisać do rodziny i przyjaciół z prośbą o modlitwę. Przy okazji znajduję bilety do Odessy. Od 3 miesięcy nigdzie nie wyjeżdżaliśmy, co przy naszym podróżniczym (a może włóczęgowskim?) trybie życie jest nie lada wyczynem. Nie możemy doczekać się pierwszych podróży z Jakubem i pokazania mu jaki nasz świat jest piękny.

[Bart] Poród sobie, życie sobie. Trzeba zjeść obiad i pójść na spacer. Kupujemy kwiaty i gazetę. Wyjątkowo nie tulipany. Nieotwartą gazetę po tygodniu wyrzucę do śmietnika. Lila krzyczy, żebym szybko przyszedł. Biegnę do pokoju z duszą na ramieniu. Okazuje się, że Lila znalazła tanie bilety lotnicze do Odessy i może byśmy kupili… Ja niestety nie mam teraz do tego głowy. Kolejne skurcze niweczą dalsze poszukiwania tanich biletów. Dzwonimy do położnej. To się już raczej nie cofnie. Wywieszamy na drzwiach domu informację o trwającym porodzie z prośbą o wyrozumiałość. Położna będzie koło 15.00.

Sobota, 16.12, ok. 15.00

[Lila] Leżę w wannie, kiedy przyjeżdża Maria. Bada mnie i stwierdza, że poród rozkręca się powoli, sugeruje też zmianę pozycji na leżenie na lewym boku. Skurcze stały się trochę mocniejsze, ale nadal całkiem znośne. Leżę na boku, całkowicie zanurzona w wodzie, dochodzi do mnie tylko dźwięk muzyki uwielbieniowej z mojej porodowej playlisty. Woda i muzyka uspokajają mnie i relaksują, w ogóle nie czuję upływającego czasu.

[Bart] Siedzimy od godziny w łazience. Lila w wannie wypełnioną ciepłą wodą. Ja na pufie albo podłodze, w zależności, gdzie akurat wygodniej. Lila w trakcie skurczy zamyka oczy, a ja zapisuję w aplikacji ich długość i częstotliwość. Lila twierdzi, że skurcze nie są jeszcze mocno bolesne. Zastanawiam się, ile poród będzie trwał. Może za chwilę się rozkręci, a może będzie się ciągnął w nieskończoność. Z rozmyślań wyrywa mnie dzwonek położnej. Wpada do domu z właściwym sobie impetem. Jakby przyszła na kawę, a nie przyjąć poród. Chyba nie zdaje sobie sprawy, że w ciągu najbliższych godzin, w moim prywatnym rankingu zaufania, wystrzeli wysoko, wysoko w górę. Maria bada Lilę i potwierdza, że jesteśmy w pierwszej fazie porodu i że trochę to jeszcze potrwa, po czym zawiadamia drugą położną (która będzie jej asystą), że w ciągu najbliższych godzin będzie potrzebna jej pomoc.

Sobota, 16.12, ok. 19.00

[Lila] Wychodzę z wanny i siadam na piłce w salonie. Skurcze się zagęszczają, są coraz silniejsze, oddycham głośno, czasem za szybko, Bart oddycha ze mną, żebym złapała rytm. W przerwach przysypiam oparta o fotel. Nie zauważam kiedy mijają kolejne godziny i Maria po badaniu stwierdza, ze akcja mocno przyspieszyła i mam już pełne rozwarcie. Bardzo chcę urodzić w wodzie więc wracamy do łazienki. W wodzie akcja trochę spowalnia, nie czuję skurczy partych, postanawiamy, że wyjdę i spróbujemy w pozycji kucznej, przytrzymywana przez Bartka. Potrzeby parcia nadal nie czuję, wykorzystuję silniejsze skurcze do próby wypchnięcia Kuby. Myślałam, że raczej będę musiała w porodzie wstrzymywać skurcze i „dmuchać świeczki”, a tu wszystko jest inaczej – prę bardziej siłą woli bo sił i energii już coraz mniej. Nie dociera do mnie na szczęście realne zagrożenie transferem, nie zdaję sobie sprawy że minęło już półtorej godziny II fazy porodu. Główka wiele razy wychodzi i się cofa, wreszcie dotykam miękkich włosków Kuby i to chyba motywuje mnie do parcia z całych sił.

[Bart] Skurczę już mocno wyginają Lilę. Zmieniamy miejsce z łazienki na bibliotekę. Lila siada na dużej piłce i zaczyna coraz głośniej krzyczeć w trakcie skurczy. Poród nabiera tempa i bardzo szybko Lila dochodzi do pełnego rozwarcia. Maria zawiadamia drugą położną, która powinna być u nas w ciągu kilkunastu minut. Wracamy do łazienki, a Lila wchodzi do wanny. Zaczęła się druga faza porodu. Wydawało mi się, że teraz pójdzie szybko, a wszystko jakby zwolniło. Chyba ciepła wodna zbyt mocno rozluźniła Lilę. Maria też sprawia wrażenie zaniepokojonej postępami i informuję, że trochę to wszystko zwolniło… Lila potwierdza, że nie czuje skurczów partych. W głowie pojawia mi się scenariusz z jazdą do szpitala, spoglądam na Lilę i pierwszy raz w jej oczach widzę zwątpienie. Chciała za wszelką cenę uniknąć szpitala, a chyba też do niej dotarło realne ryzyko transferu. Maria zachowuje chłodny umysł i prosi Lilę, aby wyszła z wanny i kilka skurczy wytrwała kucając poza wanną. Lila protestuje, chciała urodzić w wannie. Maria obiecuje Lili, że urodzi w wannie, ale wcześniej musimy zmotywować małego człowieka do wyjścia na świat. Lila przeczekuje lżejsze skurcze, skupia się na tych mocniejszych. Po kilkunastu minutach Maria informuję, że widzi już główkę Jakuba, ale przed Lilą jeszcze trochę pracy. Kucamy razem i krzyczymy razem. Mam coraz mniej sił. Jak Lila to znosi? Skąd ona bierze siły? Maria co chwilę sprawdza tętno Jakuba. Wszystko w normie. Musimy jeszcze trochę popracować. Maria prosi Lilę, żeby dotknęła główki Jakuba, która powoli pojawia się na świecie. To daje Lili ogromny zastrzyk energii i kolejne skurcze powodują, że Maria informuję, że na końcówkę porodu Lila może wrócić do wanny.

Sobota, 16.12, 21.04

[Lila] Kiedy główka już się nie cofa wchodzę do wanny, klękam i siadam na swoich nogach. Słyszę, jak Maria woła Bartka żeby zobaczył główkę, która już się urodziła. Nawet nie orientuje się, kiedy w kolejnym skurczu rodzi się całe ciałko i Maria mówi nam, że Jakub do nas płynie między moimi nogami. Wyjmujemy go z wody – jest calutki w białej mazi, taki spokojny, nie płacze – dopiero po chwili lekko kwili. Patrzy na nas swoimi dużymi, ciemnym oczkami a my polewamy go wodą, żeby nie zmarzł. Ma bardzo krótką i grubą pępowinę, na szczęście po kilku minutach rodzi się łożysko. Jeszcze chwilę przytulamy się w wannie, potem wychodzimy i w trójkę przenosimy się do łóżka w sypialni.

[Bart] Teraz wszystko dzieje się już bardzo szybko. Nie byłem na to gotowy. Dotychczasowy przebieg porodu uśpił moją czujność. Maria informuje: Jakub już do was płynie! Po chwili Jakub się wynurza i ląduje w ramionach Lili. Szaleństwo! Lila tuli Kubę do siebie, ma bardzo krótką pępowinę, więc nie można poszaleć. Nie wiem co robić. Zdjęcia? Kręcić film? Przytulić Lilę i Jakuba? Robię wszystko naraz, przez co nic do końca nie wychodzi. Zdjęcia krzywe. Film słaby. Przytulenie na pół gwizdka. Jestem przeszczęśliwy. Nie mam nawet pojęcia jak to wyrazić. Lila spokojnie rozmawia z Jakubem, czule go głaszcze i tuli. Nic piękniejszego w życiu nie widziałem. Czas na ostatni skurcz i poród łożyska. Stres i emocje powoli opadają.

Sobota, 16.12, ok. 24.00

[Lila] Maria zostaje z nami jeszcze trochę po porodzie. Pomaga mi wziąć prysznic i pomaga dobrze przystawić Jakuba do piersi. Zastanawialiśmy się nad porodem lotosowym ale jednak postanawiamy po 2 godz. od urodzenia odpępnić Maluszka – przy takiej krótkiej i grubej pępowinie pozostawienie jej do naturalnego wyschnięcia i odpadnięcia byłoby bardzo kłopotliwe. Maria nas zostawia a my leżymy i podziwiamy naszego synka.

[Bart] Kładziemy się spać. Położna kończy wypełniać papierki i powoli się z nami żegna. Zostajemy sami. Leżę i nie mogę długo patrzeć na Jakuba – zbyt mocno się wzruszam. Przez całą noc nie zasnę na dobre. Krótkie drzemki będą przeplatały się z okresami czuwania. Leżę i myślę, że o ile do dnia dzisiejszego myślałem, że to ja jestem mistrzem świata, to dziś uświadomiłem sobie, że mistrzowie świata, to mnie otaczają. Taka zmiana perspektywy, ot co.

No to w drogę!

Jesteśmy jedno. To nie jest sen. To się dzieje naprawdę. Pobraliśmy się i ruszyliśmy w podróż. We wspólną podróż przez życie. Jak i w podróż poślubną. Stwierdziliśmy, że nie ma na co czekać. Lepiej ruszyć od razu. W myśl zasady, że odkładane podróże się mszczą – lepiej podróży nie odkładać na później. Zresztą, co to …