Irańska moda czyli czador i hidżab w świętym mieście szyickim

O 4 rano lądujemy w Teheranie. Załatwienie wizy to nie jest sprawa trywialana więc zajmuje nam 2 godziny (po drodze kilkukrotnie stoimy niepotrzebnie w kolejkach więc pewnie ogarnięci ludzie wyrabiają się w 30 min). Zapoznajemy ciekawego Australijczyka, który na początku wydaje się być malarzem albo dyktatorem (kolorowy szalik i beret). Prawda okazuje się być bardziej przyziemna choć niemniej interesująca-antropolog.

Po zdobyciu wizy postanawiamy wspólnie wziąc taksówkę do centrum bo tak wcześnie nie jeżdzą autobusy. Wychodzimy przed terminal, widzimy żółty autobus, który właśnie odjeżdża więc ruszamy w pościg. Gdy go doganiamy pomocnik kierowcy pyta dokąd chcemy jechac (do centrum, cokolwiek to znaczy w Teheranie) oraz skąd jesteśmy (czy to ma jakieś znaczenie?) W międzyczasie kierowca każe nam wsiadać. Okazuje się, że wbiliśmy się jakiejś francuskiej wycieczce do autobusu 😉 I tak po 1,5 godzinie docieramy do Teheranu. Decydujemy, że nie zostajemy w mieście tylko od razu wyruszamy do Qom, świętego miasta szyitów. W żeńskiej częsci metra wzbudzamy sensację kolorowymi chustami na głowach więc gdy tylko dojeżdzamy do dworca autobusowego, kupujemy po jednej w kolorze czarnym. Powoli uczymy się jak je wiązać, zeby się nie zsuwały, ale ja ewidentnie nie jestem stworzona do noszenia czegos na głowie i bez przerwy muszę ją poprawiać. W okolicach dworca zjadamy śniadanie (wszystko po persku, nikt nie mówi po angielsku), zagaduje do nas miły Irańczyk, który zna rosyjski i 3 razy był w Polsce. Pracuje jaka kierowca, zostawia nam namiary gdybyśmy potrzebowali pomocy. Wiele osób podchodzi, wita w Iranie, pozdrawia, pyta skąd jesteśmy. Bardzo to miłe i nienachalne. Sielanka nie trwa długo, na dworcu oblega nas tłum naganiaczy oferując swoje uslugi. Dwóch prawie się o nas pobiło. Ciągną nas do biura z biletami VIP. Szybko uciekamy i wsiadamy do pierwszego autobusu z napisem Qom. Podczas godzinnej podróży dostajemy batoniki i soczki co okazuje się irańskim standardem.
Do miasta docieramy ok 11, taksówkarze się o nas kłócą co nam wychodzi na dobre i za pare groszy jedziemy do centrum. Qom to miasto bardzo religine i konserwatywne, drugie najświętsze miasto szyitów po Mashadzie. Wszystko koncentruje się wokól Mazuoleum Fatimy, córki jednego z immamów, która darzona jest tu szczególnym szacunkiem. Jest to ogromny kompleks modlitewny, cel pielgrzymek wiele pobożnych szyitów. Qom jest także znanym ośrodkiem akademickim, szczególnie jeśli chodzi o studia nad Koranem. Jednak najbardziej znane jest z tego, że to tutaj rozpoczęla się rewolucja w 1978 r., tu swoje płomienne mowy głosił po powrocie z Iraku Chomeini i tu mieszkał będąc najwyższym przywódcą.
Wysiadamy z taksówki nieopodal kompleksu świątynnego i od razu znajduje się Irańczyk, ktory pomaga nam kupić irańską kartę SIM i wymienić pieniądze. Instruuje nas (mnie i Ewke) gdzie się udać, żeby wypożyczyć czador bo bez tego nie ma szans na wejście do mauzoleeum. W specjalnym wejściu dla kobiet bardzo symaptyczna pani długo zastanawia się co z nami zrobić. Wykonuje kilka telefonów, zabiera nas do strażnika po czym na końcu ubiera w czadory, wpuszcza do środka gdzie strażnik zabiera nasze plecaki i zaprowadza do pokoju, gdzie już czeka Tomek i popija herbatkę z mułłą (islamski nauczycielci interpretator prawa). Ma czarny turban co oznacza, że jest potomkiem Mahommeta, dodatkowo jego ubiór świadczy o tym, że co najmniej 10 lat jest w islamskiej szkole teologicznej. Nie byle kto zatem. Również dostajemy coś do picia, mułła Sayete opowiada nam dużo o islamie, świątyni, szyitach i o swoim pobycie we… Wrocławiu na konferencji naukowej 2 miesiące temu. Świat jest jednak mały. Po miłym przywitaniu oprowadza nas po kompleksie świątynnym, dobrze zna angielski więc dowiadujemy się wielu ciekawych inormacji. Nie z wszystkimi się zgadzamy (ciężko zrozumieć tlumaczenie, że kobiety noszą czadory i hidżaby żeby być szanowane bez względu na wygląd – szczególnie trudno to zaakceptować, kiedy chusta leci z głowy, cały czas przydeptuje czador, który muszę trzymać ręką więc nawet zdjęcia trudno robić). Ale cóż – z mułłą kłócić się nie wypada. Kompleks robi na nas wrażenie – szczególnie jego wielkość, rozmach z jakim został wybudowany i podniosłą atmosferę , którą tworzą setki modlących się pielgrzymów. Na koniec Sayete oddaje nam swój lunch, żebyśmy mieli co jeść w drodze o Kashan. Nie taki mułła straszny, jakim go malują. Wymieniamy się kontaktami, obiecuje nas ugościć w drodze powrotnej.Tym miłym akcentem kończymy krótką wizytę w tym niezwykłym miejscu i wyruszamy dalej na południe.

image

strój wyjściowy tzn. uliczny

image

śniadanie w Teheranie

image

stroje odświętne – Qom

image

komples świątynny

image

image

image

image

image

image

image

z naszym mułłą

Leave a Comment