Quilmes czyli co ma wspólnego marka popularnego argentyńskiego piwa z indiańskimi ruinami

???????????????????????????????

Po całonocnej podróży autobusem docieramy z Cordoby do Tucuman. Muszę przyznać, ze opcja semi-bed a więc rozkładanego fotela pozwala ma całkiem niezły sen i po 8 godzinach podróży można wyruszyć na zwiedzanie. Siadamy w dworcowej kawiarnii, pijemy kawę i zajadamy się medialunes (małe i słodkie rogaliki) ale tak na prawdę głównie zależy nam na wifi bo nie wiemy co dalej.

Po szybkim ogarnięciu tematu, przejrzeniu przewodnika i rozmowie (po hiszpańsku!) z panem w informacji decydujemy się na wyjazd do Cafayate. Ponieważ autobus mamy za dwie godziny, zabieramy cały nasz dobytek i obładowani jak wielbłądy ruszamy do centrum. Zaraz po wyjścu z dworca przechodzimy przez lokalny targ pełen straganów z najróżniejszymi pierdółkami. Każde stoisko to inna muzyka, handel płytami CD kwitnie w najlepsze. Chyba pierwszy raz czuję, że jestem w Ameryce Południowej. Buenos i Cordoba sprawiają wrażenie miast bardzo europejskich, szczególnie w porównaniu do Tucuman. Miasto tętni życiem, po ulicach kręci się mnóstwo ludzi. Od razu widać, że jesteśmy na północy – wszyscy mają wygląd zdecydowanie indiański (tak jak sobie zawsze wyobrażałam Peruwiańczyków i Boliwijczyków). Centrum miasta pozytywnie zaskakuje – rynek porastają wysokie palmy, obok bardzo ładna katedra i pałac. Nie mamy niestety zbyt wiele czasu na zwiedzanie choć chętnie zostalibyśmy tu trochę dłużej. Po drodze do Cafayate prosimy kierowcę, żeby wysadził nas przy ruinach Quilmes. Nazwa ta, znana nam jak dotąd tylko z marki całkiem niezłego lokalnego piwa, to tak na prawdę nazwa plemienia, które w IX wieku n.e. czyli jeszcze przed Inkami, zbudowało tu kilkutysięczne miasto. Strategiczne położenie na zboczu góry pozwoliło mieszkańcom długo bronić się przed Hiszpanami. Gdy jednak miasto zostało zdobyte, Hiszpanie przesiedlili Indian pod Buenos Aires, gdzie produkują oni znane w całej Argentynie piwo.
Wysiadamy z autobusu na drodze, pośrodku niczego. 5 km od głównej drogi są nasze ruiny więc chowamy wielkie plecaki w krzakach przy drodze i idziemy. Szczęśliwie chwilę później łapiemy na stopa parę Francuzów i dzięki temu szybko dostajemy się w to magiczne miejsce. Chodzimy po ruinach, wspinamy się na górę i zachwycamy ogromnymi kaktusami. Miejsce robi na mnie wielkie wrażenie, szczególnie kiedy wyobrażam sobie w tym miejscu tętniące życiem 5-tysięczne miasto.

???????????????????????????????

???????????????????????????????

?????????????????????????????????????????????????????????????? ???????????????????????????????

0 Comments
  1. avatar image
    Judyta Sowa at 17 November 2014 Reply

    Nie były zbyt kłujące te kaktusy? Cudowne zdjęcia!

Leave a Comment