Mapy marzeń kreślone w powietrzu. Patagonia.

Mamy takie wieczory, takie posiłki, takie spacery, że marzymy. Marzymy, gdzieby tu ruszyć w kolejną podróż. Marzymy na głos. Naszym marzeniom towarzyszą mapy. Jeśli nie mamy akurat pod ręka tych nakreślonych przez kartografów, to szkicujemy je na serwetce, na śniegu, w powietrzu. Na nich zaznaczamy raczej krainy niż państwa. Raczej te surowe, wręcz ascetyczne, pozbawione tłumów, błyskotek, wymagające wysiłku, podążania poza szlakiem, zebrania się w sobie, opuszczenia strefy komfortu. Stąd nasze zafascynowanie Islandią, Namibią, północną Norwegią, Patagonią…

Mamy też taką zasadę. Trochę niewypowiedzianą, ale oczywistą, więc może niewymagającą werbalizacji. Że jak coś nam się zamarzy, to staramy się to zrealizować. Tu i teraz. Nie odkładamy na za rok, na „może kiedyś”, na bliżej nieokreśloną przyszłość. Szczególnie jeśli chodzi o podróże. Jeśli coś nam w myślach zakiełkuje, to czekamy tylko na tanie bilety (o ile to możliwe) i lecimy.

Tak też było z Patagonią. Zamarzyło nam się Chile. Może nawet południowe. A może nawet Patagonia. Tylko, że tam jest drogo, to może kiedyś, jak będziemy mieli pieniądze. Zaraz, zaraz, a dlaczego nie teraz? Znaleźliśmy wyjątkowo tanie bilety (ok. 1.800 PLN z Londynu do Santiago de Chile za jedną osobę – w te i z powrotem), więc długo nie zastanawiając się, dokonaliśmy zakupu. Jak się później okazało, nasz główny plan, aby i tym razem podróżować bez planu, oddać się spontanicznym wyborom, tym razem nie mógł zostać zrealizowany.

Nie jest łatwo dostać się do Patagonii. Nie ważne czy lecimy do Chile, czy do Argentyny (Patagonia to kraina geograficzna położona na terytorium Chile i Argentyny), to ze stolicy (odpowiednio: Santiago de Chile, Buenos Aires) czeka nas jeszcze daleka podróż. O ile z Buenos Aires można dojechać do Patagonii (np. w okolice Fitz Roy) autobusem (trwa to bagatela dwa dni), to z Santiago de Chile do Patagonii pozostaje nam w zasadzie tylko samolot – droga lądowa biegnie przez Argentynę i podróż zajmuje min. 3 dni. Bilety na loty wewnętrzne w chile (kupione odpowiednio wcześniej) nie należą do bardzo drogich (ok. 150 USD za jedną osobę w jedną stronę) i linie lotnicze są dużo solidniejsze niż te argentyńskie, gdzie odwoływanie lotów jest nagminne.

O dużo większej przeszkodzie (w naszym swobodnym i spontanicznym podróżowaniu) dowiadujemy się w sumie przez przypadek. Lila rozmawiając z koleżanką o naszych planach podróżniczych do Patagonii, słyszy: „ale rezerwacje w Torres del Paine już macie?”. Torres del Paine – słynny chilijski park narodowy, w którym wymarzyliśmy sobie trekking. Jakie rezerwacje? W dodatku w górach? W parku narodowym? Pierwsze słyszymy. Nie tylko my. Wiele osób zaskoczyła wprowadzona w październiku zeszłego roku (2016) obowiązkowa rezerwacja miejsc noclegowych w parku narodowym Torres del Paine. Jak się okazuje, bez wykupionych miejsc na namiot możemy mieć bardzo poważne problemy z wejście do parku i poruszaniu się po nim. Jechać taki kawał i nie zobaczyć przepięknych wież skalnych? Dwa miesiące przed wyjazdem (listopad 2016) szukamy noclegów przez internet, ale okazuje się, że prawie wszystko jest już zajęte. Do tego stopnia, że zrobienie planowanego przez nas „O” Circuit (trekking wokół masywu Torres del Paina) nie będzie możliwe – a przynajmniej nie w całości. Poważnie musimy się nagimnastykować, żeby zarezerwować noclegi na krótszy trekking „W” Trek (krótszy, kilkudniowy trekking, obejmujący trasę prowadzącą przez główne miejsca widokowe). Udaje się zrobić rezerwację na trekking „W” i część „O”. Rezerwację utrudnia podział parku na trzech różnych „operatorów” pól namiotowych. Pola namiotowe w części parku stanowiącej własność prywatną oraz prywatne schroniska/kempingi można rezerwować za pośrednictwem stron Fantastico Sur oraz Vertice Patagonia, te zorganizowane przez władze parku (bezpłatne) rezerwuje się poprzez stronę CONAF. Nie wiemy, ile wcześniej należy rezerwować te bezpłatne pola namiotowe, ale podejrzewamy, że jest to niemal niemożliwe. Ceny pól namiotowych płatnych to zazwyczaj 5-15 USD, choć zdarzają się takie, na których obowiązkowo trzeba wykupić wyżywienie (ze względu na zakaz rozpalania ognia i używania kuchenek na gaz) – wtedy cena skacze nawet do 100 USD.

Pokonawszy pierwsze organizacyjne przeszkody, spakowaliśmy namiot, śpiwory i liofilizaty na trzy tygodnie trekkingu (postanowiliśmy skupić się wyłącznie na trekkingach) i polecieliśmy do Chile. Kolejne wpisy będą dotyczyły poszczególnych krain geograficznych, w których zagościliśmy na dłużej, czyli: Ziemia Ognista, park narodowy Los Glaciares i okolice Mount Fitz Roy, Torres del Paine, Santiago de Chile.

 

Leave a Comment