Kosmiczna podróż czyli górski offroad w przepięknej Boliwii – cz.1

Do granicy argentyńsko-boliwijskiej docieramy o 6 rano. Odprawa idzie szybko i bez problemów – dostajemy wizę na 30 dni. Pieszo przechodzimy na stronę boliwijską do miejscowości Villazon. Przestawiamy zegarki o godzinę do tyłu, na dworcu kupujemy bilety na autobus do Tupizy i świeżo wyciskany sok z pomarańczy za 2 bolivianos czyli złotówkę.

Już mi się podoba Boliwia – tanio, kolorowo, po dworcu kręcą sie panie ubrane w tradycyjne stroje. Droga z Villazon do Tupizy jest asfaltowa (rzadkość w tym kraju!) więc po 1,5 h jesteśmy na miejscu. Gdy wysiadamy z autobusu wybiega za nami Niemiec i pyta czemu nie jedziemy do Uyuni (miejscowość przy największej pustyni solnej na świecie) tylko wysiadamy w Tupizie. Przecież tu nic nie ma! Ciężko mi coś odpowiedzieć bo po pierwsze sama nie wiem co tu będziemy robić a po drugie nie będę mu przecież tłumaczyć, że w plecaku wiozę 20 czekolad z Polski, drobne prezenty i listy dla dzieci z domu dziecka w tym mieście. Kilka lat temu moja przyjaciółka była tu na wolontariacie i właśnie od niej wiozę przesyłkę. Taka mała misja, dlatego Tupiza. Wzruszam wiec tylko ramionami i z uśmiechem mówię mu, że tak wyszło.

Szukamy naszego hostelu i postanawiamy poświęcić dzień na ogarnięcie się: pranie, spanie (kiedy ostatnio spaliśmy w normalnym łóżku?), organizację naszego pobytu w Boliwii i kontakt z ludźmi z domu dziecka. Tupiza jest pięknie położona, otoczona czerwonymi górami, wąwozami i różnokształtnymi skałami. Wchodzimy na wzgórze Corazon de Jesus, na którym góruje figura Jezusa. Widok na całe miato robi wrażenie, choć Tupiza w porównaniu z miastami argentyńskimi jest dużo biedniejsza. Położenie na prawie 3 tys. m.n.p.m powoduje, że aktualnie w dzień jest tu bardzo gorąco a wieczorami temperatura spada do 3-4 stopni a przecież mamy lato. Lokalsi przyzwyczajeni do szybkich zmian temperatur cały dzień chodzą w grubych swetrach i kurtkach ale dla nas południowe 28 stopni to zdecydowanie za dużo na taki ubiór. Do tego jest bardzo suche powietrze, mnóstwo kurzu i pyłu co powoduje u mnie problemy ze snem. Choroba wysokościowa na szczęście nie daje się nam we znaki choć ja ciągle ziewam ze względu na mniejsze stężenie tlenu w powietrzu.

Po południu decydujemy, że następnego dnia wyruszymy na 4-dniową wycieczkę jeepem do rezerwatu Eduardo Avaroa National Reserve na południowo-zachodnim krańcu kraju oraz na pustynię Salar de Uyuni. Szukamy agencji organizujących takie wyjazdy, okazuje się jednak, że to nie taki proste. Albo grupy na jutro są pełne, albo za małe (muszą byc 4 osoby żeby wyjazd się odbył). Na szczęście wieczorem do jednej z agencji zgłasza się para Franuzów a więc jesteśmy w czwórkę!
Wyruszamy w czwartek o 8 rano na nasz 4-dniowy offroad. Naszym przewodnikiem i kierowcą jest sympatyczny boliwijczyk Gonzalo, który jednakże nie mówi po angielsku więc zdani jesteśmy na nasze pokraczne rozumienie tego języka lub tłumaczenie Francuzów, którzy nie mówią za dobrze po angielsku. Z Tupizy położonej w dolinie droga prowadzi serpentynami w górę i po 15 km jesteśmy już na wysokości 3750 m.n.p.m i podziwiamy formacje skalne El Sillar. Droga jest piękna, wije się sepentynami pośród gór i skał ale najciekawsze jest to jak szybko zmienia się krajobraz za oknem. Czujemy się troche jakbyśmy co chwilę zmieniali planetę: Jowisz, Mars, Wenus. Mijamy co jakis czas wioski leżące na pustyni pośrod niczego, bez prądu i wody. W niektórych mieszka 50 rodzin, w innych zaledwie 6. Niesamowite, w jakich warunkach ludzie są w stanie przetwać. W jednej z takich wiosek, Polulos, zatrzymujemy sie na obiad – cała wioska to kilka niskich domków pokrytych słomą, kościół w tym samym stylu i szkoła. Wszędzie po drodze pasą się lamy z kolorowymi wstążkami przy uszach i biegają vicuñas ale nie mam pojęcia jak te zwierzątka nazywają się po polsku. Pod koniec pierwszego dnia zatrzymujemy się przy pierwszym jeziorze – Laguna Morejon. Wieczory są bardzo zimne, temperatura spada do kilku stopni a w nocy nawet do zera. Pierwszą noc spędzamy w całkiem dobrych warunkach choć bez prysznica, ciepłej wody i ogrzewania. Za to zaraz po przyjeździec dostajemy kawę, herbatę i ciastka a wieczorem niezłą kolację.

Drugi dzień zaczynamy o 6:30 rano – śniadanie, pakowanie i o 7 wyruszamy. Jesteśmy blisko granicy rezerwatu Reserva National de Fauna Eduardo Avaroa , dzisiejszy cały dzień i noc mamy spędzić na jego terenie. Na pierwszym jeziorze w rezerwacie – Laguna Hedionda Sur oglądamy flamingi, które będą nam towarzyszyć do końca wyjazdu. Jest zimno więc z nieukrywanym entuzjazmem przyjmujemy wiadomość, że jedziemy poodpoczywać (jeżdzenie samochodem jest bardzo męczące!) w gorących źródłach! Woda ma temperaturę 36 stopni, na zewnątrz jest pewnie koło 3-5 i ludzie chodzą w czapkach. Nie chcemy wychodzić bo wiemy że zbliża się wieczór i będzie coraz chłodniej a w wodzie tak przyjemnie… Ale trzeba ruszać w drogę. Przed nami dwa jeziora, na które najbardziej czekam: Laguna Verde i Laguna Colorada. Odkad kiedyś zobaczyłam je na zdjęciach, nie mogłam przestać o nich myśleć. Oba jeziora dzieki zawartosci minerałów mają nieziemski kolor. Laguna Verde w zalezności od ich stężenia przybiera kolor od lekko turkusowego po intensywnie szmaragdowy. Wiało strasznie a ja stałam wpatrzonai zahipnotyzowana tym kolorem. Było w nim coś pozaziemskiego. I do tego idealny kształt wulkanu Licancabur, który nad nim góruje. Postanowiłam, że następnym razem na niego wejdę bo do Boliwii z pewnością wrócę. Po drodze do kolejnego jeziora odwiedzamy Geisers Sol de Mañana, chyba największe gejzery jakie do tej pory widzialam. Tu też mogliśmy się trochę zagrzać, choć nie było już tak przyjemnie jak w gorących źródłach. Ostatnie jezioro dziejszego dnia – Laguna Colorada – to miejsce, gdzie żyje tysiące flamingów. Na całej swej powierzchni przybiera różne odcienie kolorów czerwonego i różowego. Czułam się tam jak na innej planecie. Kaledoskop kolorów i kształtów, który zafundowała natura temu kawałkowi boliwijskiej ziemi, jest trudny do ogarnięcia.
Ciąg dalszy nastąpi kiedyś 🙂

???????????????????????????????

Tupiza, widok z wzgórza Corazon de Jesus

???????????????????????????????

El Sillar

???????????????????????????????

Droga z Tupizy za zachód

???????????????????????????????

Pasące się wszędzie lamy

???????????????????????????????

Nasz jeep

???????????????????????????????

Laguna Morejon

???????????????????????????????

Lamusiątka

???????????????????????????????

Laguna Hedionda Sur i pierwsze flamingi, które obserwujemy

???????????????????????????????

???????????????????????????????

Przepiękna Laguna Verde (Jezioro Zielone)

Laguna Verde

Panorama Laguny Verde z wulkanem Licancabur (5950 m) w tle

???????????????????????????????

Termy

???????????????????????????????

Na zewątrz czapki a w wodzie 36 stopni!

???????????????????????????????

Geizery Sol de Mañana

???????????????????????????????

Laguna Colorada (Jezioro Czerwone)

???????????????????????????????

Panorama Laguny Colorada

Laguna Colorada

Dostojne flamingi

0 Comments
  1. avatar image
    Judyta at 28 November 2014 Reply

    Liluś, śledzę z zapartym chem. Bajka, co tu dużo mówić! 😀

  2. avatar image
    kinga at 29 November 2014 Reply

    Ja też, ja też! Czekam na więcej 🙂

  3. avatar image
    Ania at 6 December 2014 Reply

    Widzę, że ciekawie się zabawiasz 🙂 Ja też chcę do Boliwii! Swoją drogą nie widziałam Cię ładnych parę lat, pozdrawiam z listopadowej Bochni

  4. avatar image
    boliviainmyeyes at 6 December 2014 Reply

    Super, ze jednak zobaczylas Tupize, ten Niemiec nie wiedzial co traci. Co prawda, ja tam jeszcze nie dotarmam, ale kilka osob mowilo mi, ze to naprawde niezwykle miejsce:) Nastepnym razem wybierz sie w boliwijskie tropiki, gdzie czekaja zupelnie odmienne, acz rownie cudne przezycia! P.S. Ciesze sie, ze podobal Ci sie moj blog. Twoj rowniez prezentuje sie pieknie:) Pozdrawiam z Santa Cruz de la Sierra!

Leave a Comment