Albo znajdziemy drogę albo ją sami wytyczymy. Ziemia Ognista.

Nie przepadamy za planowaniem. Zresztą nie widzimy większego sensu w planowaniu. Szczególnie podróżując po takich kontynentach jak Ameryka Południowa czy Afryka. Planowanie może i ma sens w Europie, gdzie szansa, że autobus przyjedzie o czasie graniczy z pewnością. W innych częściach świata, gdzie ludzie mają dużo swobodniejsze podejście do czasu albo po prostu nie zauważają go wcale, można się tylko zirytować. Wychodzimy z założenia, że najlepszym planem jest brak planu. Jak jednak już wiecie z poprzedniego wpisu, czasami życie (popularność miejsc, konieczność zarezerwowania miejsc na kempingach) zmusza do stworzenia chociażby wstępnego harmonogramu wyjazdu.

Jeszcze w Polsce, kreśląc zarys planu podróży, postanowiliśmy pominąć zwiedzanie miast i niezwłocznie po przylocie do Santiago de Chile, udać się w dalszą drogę na południe, do Ziemi Ognistej. Polecieliśmy do Punta Arenas. Widoczność tego dnia była bardzo dobra, dzięki czemu dane było nam podziwiać Fitz Roy’a z lotu ptaka. Warto odprawić się wcześniej i poprosić o miejsca przy oknie, bo widoki zapierają dech w piersiach.

Na lotnisku w Punta Arenas, po opuszczeniu samolotu, po raz pierwszy doświadczamy przestrzeni Patagonii. Wokół ani jednego drzewa, pola rozciągające się po horyzont, a na nich spalona słońcem i przetrzebiona wiatrem roślinność karłowata – stara się swoimi korzeniami ze wszelkich sił wiązać ziemię – aby porywisty wiatr nie przeniósł jej setki kilometrów dalej. Wiatr widać również na niebie, strzępi chmury, dzieli na mniejsze kawałki, łączy w większe, przesuwa je po nieboskłonie tak szybko, że rzeczywistość nad naszymi głowami zdaje się wirować. Z hipnotyzującej chwili wyrywają nas kostniejące u stóp palce. Czas skierować się do miasta, gdyż jutro rano ruszamy na koniec świata, do Ziemi Ognistej.

Droga do Ushuaia (stolicy Ziemi Ognistej) choć długa, jest bardzo ciekawa. Na początku czeka nas przeprawa przez Cieśninę Magellana, gdzie często można spotkać przepływające pomiędzy Oceanem Spokojnym a Oceanem Atlantyckim delfiny. Po przekroczeniu granicy chilijsko – argentyńskiej, przemierzamy bezkresne połacie Patagonii, by na granicy Ziemi Ognistej dotrzeć wreszcie w Andy Fuegiańskie.

Ushuaia jest uznawana za najdalej położone na południe miasto świata – przynajmniej tej lądowej części kontynentu, gdyż jeszcze dalej na południe, ale już na wyspie położona jest miejscowość Puerto Navarino. Na Ziemi Ognistej planujemy zrobić trekking po ciekawej i bardzo rzadko odwiedzanej trasie Sierra Valdivieso Circuit. Chociaż o trasie ciężko tu mówić, gdyż nie prowadzi tu żaden wytyczony szlak, a droga często zmienia się w zależności od tego jak akurat kształtują się koryta przecinających ich rzek – te często zmieniają położenie z uwagi na nadaktywność bobrów w tych okolicach.

Trekking zaczyna się za miastem, około 16 kilometrów od miejscowości Ushuaia (przy drodze Ruta 3). Najlepiej dotrzeć tam autostopem, chociaż złapać stopa w tej okolicy nie jest prosto. Chętnych na autostop jest wielu, więc nierzadko trzeba czekać nawet kilka godzin. My decydujemy się przejść ten odcinek. Idziemy dość szybko, gdyż trekking po asfalcie nie należy do naszych ulubionych. Widoki na okoliczne szczyty wynagradzają uciążliwość drogi. Po niecałych dwóch godzinach docieramy do zejścia z drogi na „szlak”. Początek jest dość oczywisty, droga wiedzie przez las, a następnie intuicyjna ścieżka prowadzi do jedynego domku na trasie „Refugio Bonete”. Domek jest bardzo przyjemny, można w nim spać, jest koza i trochę drewna. Ostatni wpis w zeszycie pochodzi sprzed tygodnia, były tu dwie osoby, czy ktoś poszedł dalej – nie wiadomo. Mamy już w nogach około 20 kilometrów, ale pogoda jest bardzo dobra i do zmierzchu jeszcze daleko, więc postanawiamy iść dalej. Tak długo jak można iść przy użyciu punktów orientacyjnych, ułożonych kopczyków i GPS prowadzi Bart. Po jakimś czasie kopczyki jednak znikają, GPS się „gubi”, a my co chwilę zawracamy dochodząc do kolejnych rozlewisk. Rozlewiska to efekt bardzo nierozważnej ingerencji człowieka w ekosystem. Otóż w 1946 roku postanowiono sprowadzić z Kanady do Argentyny 20 bobrów, które miały doprowadzić do rozwoju przemysłu futrzarskiego. Postanowiono umieścić je na bardzo mocno zalesionej ziemi Tierra del Fuego. Niestety sprawy wymknęły się spod kontroli, bobry zaczęły się szybko rozmnażać i przemieszczać – zasiedliły niezamieszkały wyspy a nawet przedostały się na kontynentalną część Argentyny. Obecnie szacuje się, że żyje ich ok 100 000. Przemysł futrzarski się nie rozwinął, za to bobry nie mając naturalnych wrogów zniszczyły ogromne obszary pięknych lasów w Andach Fuegańskie powodując powstanie ogromnych rozlewisk i zaburzając w znacznym stopniu istniejący ekosystem. Okazało się bowiem, że w miejscach, gdzie bobry żyją w naturalnym środowisku (np. Kanada) rosną też gatunki drzew przystosowane do podmokłego terenu – w Patagonii niestety takich nie ma. Szacuje się, że już połowa lasów Ziemi Ognistej ucierpiała w wyniku działaności zwierząt a naturalne zniszczenia są największe od ostatniej epoki lodowcowej (źródło). Mocno kluczymy w podmokłym terenie i pokonanie kolejnego kilometra zajmuje nam dwie godziny. Czas zmienić taktykę, „technikę” zamieniamy na „intuicję” – tym razem prowadzi Lila. Idzie nam znacznie szybciej i jakimś cudem docieramy do powalonych drzew nad rzeką. Udaje nam się przejść na drugą stronę suchą stopą. Czeka nas ostre podejście pod górę. Po jakimś czasie pogoda zaczyna się „patagonizować”, tzn. zaczyna mocno wiać i sypać śnieg. Widoczność spada do kilku metrów. Kluczymy jeszcze kilka godzin, aż wreszcie się wypogadza i okazuje się, że jesteśmy przed przełęczą w bardzo dobrym miejscu na biwak. Rozbijamy namiot, rozpalamy ognisko, przygotowujemy obiad i suszymy ubrania. Na przełęczy zalega śnieg, ale nie powinno być problemów z jej przekroczeniem następnego dnia. Długa i mozolna wędrówka nas wykończyła, więc zasypiamy w momencie.

Budzimy się rano, a w namiocie ciemno. To dziwne, bo o tej porze powinno być już jasno. Bart otwiera namiot i na rękę zsuwa mu się śnieg. Jak się okazało w nocy sypało i cała okolica tonie w śniegu. Jedna noc i zmiana pór roku. Szybko jednak wychodzi słońce i śnieg zaczyna się topić. Jemy śniadanie. Nie zdążyliśmy zjeść, a nad nami rozpętała się zadyma śnieżna. Wskakujemy do namiotu. Dosłownie 10 minut i pogoda zmieniła się diametralnie. Leżymy w namiocie z godzinę i nic nie wskazuję, żeby pogoda miała się poprawić. Przed nami trudna decyzja. Przekroczenie przełęczy oznacza w praktyce, że do ukończenia trekkingu będzie już bliżej niż dalej, więc de facto w przypadku kolejnego załamania pogody nie będzie sensu wracać, przed nami będzie jednak „ziemia nieznana”. Za dwa dni mamy kupione bilety powrotne z Ushuaia, a przed nami jeszcze trekking wokół Fitz Roy i Torres del Paine. Po długiej dyskusji, podejmujemy decyzję o odwrocie. Tak będzie rozsądniej. Gdybyśmy mieli choć jeden dzień więcej, to można by zaakceptować ryzyko „kiblowania” w górach, ale w tej sytuacji nie chcemy ryzykować powodzenia kolejnych trekkingów. Po kilku godzinach powrotnej drogi dochodzimy do „Refugio Bonete”. Ku naszemu zdziwieniu z komina leci dym, ktoś zatem musi być w chatce. Wpadamy do środka i witają nas uśmiechnięte, ale i zmęczone twarze, jak się później okaże, małżeństwa z Francji. Można powiedzieć, że podążali naszymi śladami – szli kilka godzin za nami, ale nie udało im się przebrnąć przez pierwsze rozlewiska i po kilku godzinach brodzenia w wodzie, zawrócili do chatki. Kolejne godziny zajmują nam na przemian drzemki, rozmowy z Francuzami, suszenie rzeczy, gotowanie. Wiatr się wzmaga, pogoda nie zachęca do dalszej drogi. Zostajemy tu na noc.

Kolejny dzień wstał bardzo ładny. Wczorajsze doświadczenia nakazują nam jednak daleko posuniętą ostrożność. Za kilka minut pogoda może zmienić się o 180 stopni. Nie zamierzamy jednak siedzieć w chatce przez kolejny dzień. Ze względu na naglący nas czas, postanowiliśmy przetrawersować do kolejnej doliny i zrobić trekking do Laguna Esmeralda. To dość popularna trasa, więc obawiamy się, że po drodze spotkamy dość dużo turystów. Po dojściu do jeziora, okazuje się, że to takie Argentyńskie „Morskie Oko”. Mimo porannej pory, turystów jest już wielu. Wybieramy się zatem jeszcze dalej pod górę pod lodowiec Glaciar del Albino. Tu na trasie na szczęście nie ma już nikogo. Około dwóch godziny pod górę i docieramy do podnóża lodowca. Cieszymy się samotnością i ciszą. Jemy obiad i czas wracać do cywilizacji. Po paru godzinach równoległej drogi do tej „oficjalnej” i popularnej docieramy do Ruta 3, skąd łapiemy stopa do Ushuaia.

Spędziliśmy na Ziemi Ognistej pięć dni, zdecydowanie za mało. Odczuwamy lekki niedosyt, gdyż nie udało nam się zrobić zakładanego trekkingu. Ostatnio ćwiczymy „sztukę rezygnacji”, co wcześniej przychodziło nam bardzo ciężko. Opuszczamy Ziemię Ognistą z lekkim niedosytem i zamiarem powrotu.

—————————————————————————————————–

Informacje praktyczne:

– Lot z Santiago de Chile do Punta Arenas organizują m.in. linie SkyAirline (tańsze), Latam Airlines; lot w obie strony w zależności od sezonu kosztuje ok. 200 – 300 USD; lot trwa ok. 3,5h.

– Z Punta Arenas do Ushuaia (Tierra del Fuego) najlepiej dostać się autobusem. Droga trwa około 8 – 12 godzin (w zależności od dostępności promu, przeprawiającego autobus przez Cieśninę Magellana). Koszt biletu w jedną stronę to około 200 PLN.

– W Ushuaia w trakcie sezonu (grudzień – marzec) bardzo ciężko znaleźć miejsce noclegowe, chętnych jest więcej niż łóżek, więc warto zarezerwować sobie miejsce dużo wcześniej. My mieliśmy szczęście i spaliśmy u couchserferów 😉

– Trekking Sierra Valdivieso Circuit jest „wyceniany” na czterodniowy trekking. My go „wyceniliśmy” na 3 (trzy) dni, ale nie mamy potwierdzenia, bo ze względu na pogodę nie udało nam się go skończyć. Trekking nie należy do łatwych, nie ma na trasie co prawda trudności technicznych, ale trzeba bardzo dobrze orientować się w terenie, nawigować (brak jakichkolwiek oznaczeń), wziąć ze sobą jedzenie na kilka dni oraz namiot (na trasie i to na samym jej początku jest tylko jedna chatka, w której można przenocować). Trasa liczy około 50 kilometrów. Trasa zaczyna się około 16 km na północ od Ushuaia (Ruta 3), najlepiej dotrzeć tam stopem, ewentualnie tak jak my, czyli piechotą. Koniec trasy przy tej samej drodze, przy Posada del Peregrino. Wielokrotnie trzeba pokonywać rzekę (czasami trudno znaleźć powalone drzewa, dzięki którym można przejść suchą stopą, ale z reguły się udaje). Trasa praktycznie bez przerwy wiedzie podmokłym terenem, przez co idzie się dość wolno i w mokrych butach 😉 Niemniej jednak, absolutnie warto! Trasa jest dobrze opisana w trudno dostępnym i niewydawanym już przewodniku “Trekking in the Patagonian Andes” wyd. Lonely Planet. Chętnie służymy skanem 🙂

– Trekking do Laguna Esmeralda jest łatwy i bardzo popularny, stąd nie zamierzaliśmy go robić, ale okoliczności nas „zmusiły”. Trasa w dwie strony liczy około 9 km, do zrobienia z postojem nad turkusowym, polodowcowym jeziorem w około 3 godziny. Zdecydowanie warto zrobić jeszcze „side trip”, czyli dojść do Glaciar del Albino – dodatkowo około 3-4 godziny na drogę w obie strony.

– Warto również odpowiednio wcześniej kupić bilety autobusowe na wyjazd z Ziemi Ognistej. Jak chcemy kupić bilet na następny dzień, to istnieje bardzo duże ryzyko, że w okienku usłyszymy, że kolejne wolne miejsce w autobusie jest np. za… cztery dni.

 

Leave a Comment