Bart właśnie wrzucił na FB zajawkę z informacją, że jesteśmy już na wybrzeżu RPA, blisko Przylądka Igielnego i Przylądka Dobrej Nadziei. Mamy pomyślne wiatry i tylko dzień opóźnienia (dzień dłużej od planu spędziliśmy w Górach Smoczych). Pisząc o pomyślnych wiatrach nie wiedział co czyni.

Kilka godzin później, w środku nocy, Bart wygrzebuje się z namiotu. Zamyka wejścia i związuje linki. Wrzuca pod samochód złożony stół i porozrzucane po okolicy krzesła. Nie ma większych szkód. Wskakuje szybko do namiotu. Wiatr próbuje oderwać namiot od dachu samochodu. Nic więcej nie możemy zrobić. Leżymy i czekamy co się wydarzy. Ciężko spać przy takim wietrze. No, ale ileż można czuwać? Wiatr ustaje. Zasypiamy. Za chwilę znowu się poderwie i uderzy z całej siły w bok namiotu. Wstajemy. Tak do rana. Lila śpi więcej. Ma ten wiatr raczej w nosie. Bart śpi mało. Chciałby mieć ten wiatr w nosie. Jakoś się udało dotrwać do rana. Składamy namiot. W okolicy połamane gałęzie i poprzewracane śmietniki. Na szczęście u nas bez szkód.

Zmieniła się pogoda. Nadeszło zapowiadane dwudniowe załamanie pogody. Dobrze, że dwa ostatnie dni mieliśmy piękne. Udało nam się dotrzeć do Plettenberg Bay, gdzie wieczorem zrobiliśmy trekking. Jak to mamy w zwyczaju zaczęliśmy trekking o godzinie, o której wszyscy już schodzili z trasy. Do zachodu słońca i zamknięcia parku pozostały dwie godziny, a przebycie trasy, wedle przewodników, wymagało poświęcenia trzech godzin. No to trzeba się pośpieszyć. Skrzydeł dodaje nam czterech biegaczy. W dwa dni muszą przebiec 240 kilometrów. Część ich trasy pokrywa się z naszą trasą. Trochę za nimi pobiegniemy. W sandałach. Krótka przebieżka pozwoli nam zmieścić się w dwóch godzinach. Jeden z piękniejszych szlaków jakimi szliśmy (biegliśmy). Położony nad samy oceanem, wzdłuż półwyspu, w dużej mierze droga prowadzi przez klify i czasami schodzi się na plażę.

Docieramy na Przylądek Igielny. Dalej na południe w Afryce już się nie da. Tu spotykają się dwa oceany, Indyjski i Spokojny. Cieszymy się jak dzieci, będąc świadkami tego spotkania. Sam przylądek jednak nie zachwyca. Płasko, trochę kamieni, trochę piachu.

Musimy zmienić plany. Deszcz i wiatr zniechęcają nas do jazdy na Przylądek Dobrej Nadziei. Planowaliśmy tam zostać trochę dłużej i też zrobić jakiś trekking, ale pogoda jest beznadziejna. Skoro pada i zimno, to może napijemy się wina? W okolicy Kapsztadu położonych jest mnóstwo znanych i cenionych winnic, gdzie winogrona mają wspaniałe warunki do dojrzewania (dużo słońca, ciepła i deszczu). Odwiedzamy winnice w Stellenbosch (Waterford Estate), a później już na Cape Penisula (Constantia). Podział znowu mało sprawiedliwy, ale nie mamy wyboru. Bart kieruje, więc Lila degustuje.

Dzień później skoro świt ruszamy na Przylądek Dobrej Nadziei. Nikogo nie ma. Ten stan będzie się utrzymywał jeszcze tylko 5 minut. Za chwilę przyjedzie sześć autokarów z turystami z Chin. Dosłownie wylecą z autokarów i jak szarańcza pochłoną przylądek. Obskoczą każdy murek, dotkną każdej rośliny, wejdą na każdą lampę. Z iPhonami w rękach dokonują aneksji Przylądka Dobrej Nadziei. Jak w złym śnie. Uciekamy. Znaleźliśmy szlak, na którym ich jeszcze nie ma. Znowu w biegu, oby dalej.

Kapsztad nas zachwyca, zarówno w trakcie niepogody jak i pogody. Wjeżdżamy na Górę Stołową, z której rozpościera się przepiękny widok na całe miasto i ocean. Dobrze, że zabraliśmy ze sobą kurtki, bo na górze wieje i zanosi się na deszcz. Krótki spacer po górze, która w istocie jest płaska jak stół i zjeżdżamy na dół. Zaczyna padać. Wyjeżdżamy z miasta i udajemy się w długą drogę na północ. Namibia czeka.

Często spotykaliśmy się z opiniami, że dwa najpiękniejsze miasta na świecie, a przynajmniej dwa najpiękniej położone miasta, to Rio de Janeiro i Kapsztad. Opinie wyrażali ludzie, którzy trochę świata widzieli, więc wiedzieli co mówią. I jak najbardziej podpisujemy pod tymi ocenami. Co prawda fanami miast co do zasady nie jesteśmy, wolimy zdecydowanie naturę, to jednak trzeba przyznać, że Rio de Janeiro i Kapsztad to miasta, w których chętnie byśmy zamieszkali. Pojedynek raczej ze wskazaniem na Rio de Janeiro, może dlatego, że jednak dłużej tam byliśmy – w Kapsztadzie tylko dwa dni.

IMG_1448