Nic tu nie ma. Pustynia Namib. Sossusvlei.

Mamy wrażenie jakbyśmy poruszali się po Marsie. Tylko piach. Od czasu do czasu jakaś góra, sterta kamieni i znowu nic. Po horyzont tylko piach. Wjechaliśmy na tereny Pustyni Namib, która ciągnie się od Angoli przez całe wybrzeże Namibii aż po granicę z RPA. Najstarsza pustynia świata. 80 mln lat. Nazwa pustyni nie jest przypadkowa. Oznacza mniej więcej „miejsce gdzie nic nie ma”. Od nazwy pustyni wziął nazwę kraj: Namibia. W sumie nigdzie tu nic nie ma. Niby nic nie ma, a jesteśmy zauroczeni. Podobają nam się surowe, nietknięte ludzką ręką krajobrazy. To taka Islandia, tylko że w wersji bardzo gorącej.

Niesamowite miejsce. Jedno z najbardziej suchych na świecie. W niektórych częściach pustyni deszcz pada raz na kilka lat. A mimo to żyje tu całkiem dużo zwierząt. Jak to możliwe? Ewolucja. Zwierzęta przez wieki doskonale przystosowały się do życia w ekstremalnych warunkach. Wybrzeże Namibii obmywa antarktyczny Prąd Benguelski, więc mimo, iż temperatura powietrza często przekracza tu 40 – 50 stopni C, temperatura oceanu wynosi około 14 stopni C. Zimny prąd ochładza powietrze na wybrzeżu, co powoduje tworzenie się mgły, która dochodzi do 50 km w głąb lądu. Zwierzęta stoją godzinami z otwartymi buziami i tym oto sposobem z mgły czerpią potrzebną im do życia wodę. W najgorętszych godzinach dnia, gdy nie mają się jak i gdzie schronić przed słońcem po prostu odwracają się do niego twarzą, tak aby jak najmniejszą część ciała eksponować na parzące słońce. Myślicie, że chodzi tylko o małe zwierzęta w stylu węże, skorpiony i jaszczurki? Zdziwilibyście się widząc na pustynie liczne i duże oryksy, dzikie konie czy gepardy (w Namibii jest największa na świecie populacja tych kotowatych).

Jedziemy na jeden dzień do Luderitz, do kolegi Lili poznanego kilka lat temu w Kenii. Carlos pochodzi z USA i w ramach Korpusu Pokoju jeździ po Afryce i stara się pomóc miejscowym, a to ich edukując, a to starając się wybudować jakieś obiekty użyteczności publicznej. Musimy podkreślić słowo „stara się”. Niestety z reguły ze starań nic nie wychodzi, gdyż pomoc miejscowym wymaga ich chociażby minimalnego zaangażowania. A tego bardzo często brakuje, do tego stopnia, że niektórzy miejscowi żądają zapłaty, za to żeby pofatygowali się na bezpłatnie organizowane dla nich szkolenia i kursy, przy czym ich obecność ogranicza się do podpisania listy. Problem jest oczywiście mocno skomplikowany, a tu nie miejsce i czas żeby próbować się nad tym zastanowić.

Luderitz jest pierwszym i ostatnim miejscem, w którym będziemy spać w normalnym mieszkaniu i na normalnych łóżkach. Strasznie nas to jednak umęczy, wstaniemy z bolącymi kręgosłupami. Zbyt miękkie materace. Wracamy do naszego namiotu.

W niedzielę w Luderitz chcieliśmy pójść na mszę do kościoła. To znaczy nawet do niego poszliśmy, ale jak się okazało, że po ponad godzinie od rozpoczęcia mszy, nic nie wskazywało na tym, żeby miała się zakończyć w przeciągu kolejnych dwóch godzin, stwierdziliśmy, że dokończymy modlitwę we własnym zakresie.

Po kilku godzinach jazdy dojeżdżamy do parku narodowego Sossousvlei, gdzie znajdują się największe i najwyższe wydmy na Pustyni Namib. Klucz to dostać się na camping w obszarze Parku Narodowego. Podkreślają to we wszystkich przewodnikach. Przed wjazdem do parku jest kilka campingów, ale tylko nocleg na campingu w parku gwarantuje możliwość podziwiania wschodów i zachodów słońca z najwyższych wydm (bramy do parku są otwierane po wschodzie słońca i zamykane przed zachodem). Przekraczamy granicę parku i kogo spotykamy? Słoweńców. „Ohhh.. we made a mistake”, zaczynają. Oczywiście zapłacili już za noclegi na campingu położonym przed parkiem i nie za bardzo mogą to zmienić. Twierdzą, że w ciągu dnia też nie za bardzo będą chcieli wjeżdżać do parku bo wtedy jest bardzo gorąco. W sumie nie wiadomo chyba po co tu przyjechali 😉

Na zachód słońca wybieramy się na Dune 45. Nazwa wydmy pochodzi od liczby kilometrów, które trzeba pokonać od wjazdu do parku. Wydma jest wysoka na ok. 170 m. Jest to dość popularne miejsce na oglądanie wschodów i zachodów słońca, zatem musimy mocno się pogimnastykować, żeby znaleźć kawałek grani z którego nie widać ludzi i spokojnie usiąść i podziwiać zachód słońca. Po zachodzie zbiegamy na dół (co jest najprzyjemniejszą częścią chodzenia po wydmach) i wracamy na camping. Następny dzień będzie dużo trudniejszy.

Na wschód słońca wybieramy się nad Deadvlei, czyli pustynię solną, na której kiedyś było jezioro i liczne akacje. Ze względu na ciągły ruch wydm, który z kolei powodował zmianę nurtów rzek okresowych, jezioro przestało być zasilane przez rzeki i wyschło. Pousychały też akacje, ale te ze względu na bardzo wysokie temperatury i suche powietrze nie uległy rozpadowi. Suche akacje wystające z białej powierzchni pustyni solnej tworzą surrealistyczny krajobraz. Dotarcie do Deadvlei nie jest proste. Większość drogi (55 km) prowadzi asfaltem, ale ostanie 5 km to droga przez bardzo głębokie piaski, które można przebyć tylko samochodami 4×4. Po stu metrach jazdy utknęliśmy. No tak, to nie będzie takie proste. Trzeba sobie przypomnieć wszystkie zasady jazdy po piachu i je zastosować, tylko najpierw trzeba się stąd wydostać. W tym pomaga nam lokalny kierowca, który twierdzi, że dalej będzie jeszcze gorzej i oferuję nam podwózkę za niewielką cenę. Nie dajemy za wygraną. Spuszczamy trochę powietrza z opon, włączamy napęd na najmocniejszy i ruszamy biorąc jeszcze parę Włochów na stopa. Mocno poskaczemy na wydmach, ale szczęśliwie dotrzemy do celu. Co prawda w samochodzie mamy pełno piachu, a w lodówce samoistnie powstałą sałatkę ze wszystkich produktów, które tam się znajdowały i omlet z naiwnie przewożonych przez wydmy jajek. Będziemy o tym myśleć jak dotrzemy do jakiegoś źródła wody, teraz i tak nie mamy tego jak posprzątać.

Ruszamy na Big Daddy Dune. Wydmę, która wznosi się na 345 metrów. Z racji, że wcześniej utknęliśmy, musimy teraz wyprzedzić idące przed nami osoby. Oczywiście chcemy być na szczycie pierwsi 😉 Nie jest prosto, bo chodzenie po wydmach przypomina często syzyfową pracę – trochę się podejdzie, trochę się zsunie. Niemniej jednak po ponad godzinie udaje nam się dotrzeć na szczyt, skąd zbiegamy na pustynie solną. To jest absolutny raj dla fotografów, więc od wczesnych godzin porannych ludzie ustawiają tu swoje drogie aparaty, aby uchwycić jak najlepsze ujęcie wyrastających z pustyni solnych akacji o wschodzie o słońce. Robimy kilka zdjęć i uciekamy bo zaczyna się robić nieprzyjemnie tłoczno.

Doświadczenie przebytej w pierwszą stronę drogi powoduje, że powrót zajmuje nam dużo mniej czasu i szybko docieramy na camping. Jeszcze tylko przymusowy postój na posprzątanie lodówki i ruszamy na północ Namibii.

IMG_2015

Leave a Comment