Dzień wielkiej próby. Lesotho.

Wstaliśmy wcześniej niż zwykle. Chwilę przed piąta. Tak aby o zmroku przebyć trasę do początku podjazdu pod Sani Pass. Do ostatniego miejsca gdzie można zjeść śniadanie przed przekroczeniem granicy docieramy chwilę po wschodzie słońca. Jemy duże śniadanie i ruszamy dalej. Do przekroczenia będziemy mieli ponad 1000 m. przewyższenia na przestrzeni 9 km. Kontrola graniczną chwilę przed rozpoczęciem podjazdu. Podjazd leży na ziemi niczyjej. Może dlatego nikt nie chce zrobić porządnej drogi. Na przełęczy będzie druga kontrola graniczna – już po stronie Lesotho.

Dobrze się nie rozpędziliśmy a macha do nas na drodze trzech białasów. Autostop? Tutaj? No oczywiście, że bierzemy! Wskakujcie! Autostopowicze dość mocno zaskoczeni. Serio? No raczej. Musimy tylko przerzucić rzeczy z tylnych siedzeń na pakę. Robimy porządek i nagle się orientujemy. Ejjjj co my robimy? Bierzemy dodatkowych ludzi na podjazd, co do którego nie mamy pewności, że go pokonamy? Dodatkowe osoby nie będą stanowiły zbyt duże balastu? A może sprawią, że samochód będzie się lepiej trzymał drogi? Jak coś, to przynajmniej pomogą pchać. Jak spadniemy – to w sumie bez różnicy dla nas, z nimi czy bez nich.. Patrzymy na autostopowiczów, stoją jeszcze na poboczu, ale ich nadzieja siedzi już w środku samochodu. Zaoszczędzimy im minimum 2 godziny drogi pod górę. Droga ładna i malownicza, ale mimo wszystko to droga dla samochodów walczących o pozostanie na niej i wypluwających spod kół co zakręt sterty kamieni. Wątpliwa przyjemność. Wymieniamy porozumiewawcze spojrzenie, że jednak warto wziąć autostopowiczów i wszyscy ładujemy się do środka. Jak się okazuje, to przesympatyczni Belgowie. Dziewczyna rzuciła niedawno pracę w banku i przeniosła się do Johanesburga, gdzie zajmuje się produkcją… belgijskich czekoladek. Podróżuje z nią dwóch chłopaków, jeden to jej mąż, drugi – kolega. Robimy sobie niezłe jaja. Przy każdej większej górce mocno kibicują Bartowi, a udany podjazd kwitują brawami. Jeden jest mocno przestraszony i co chwile podkreśla, że on by tu w życiu nawet nie próbował podjechać. Dwójka pozostałych podziwia widoki i zachęca go, żeby też spojrzał, ale ten stanowczo odmawia. Jeszcze kilka podjazdów i jesteśmy na przełęczy! Sani Pass pokonane. Bart odetchnął. Jest wyraźnie dumny ze swego wyczynu. Belgowie płacą za nas za wjazd do Lesotho i zapraszają na kawę i szampana w najwyżej położonym pubie w Afryce. To pięćdziesiąty kraj, który odwiedza Bart.

Żegnamy Belgów, którzy wracają pieszo na stronę RPA, a my ruszamy w głąb Lesotho. Mamy zamiar jeszcze dziś dotrzeć do stolicy (Maseru). To, co wjechaliśmy trzeba będzie teraz zjechać. Do przebycia mamy 500 km drogi przez góry. Na szczęście drogi lepsze niż w Polsce. Po drodze mijamy liczne wioski i pasterzy poubieranych w strój narodowy (koc spięty agrafką i kominiarka). Na jednej z przełęczy zacznie sypać śnieg.. Śnieg? W Afryce? A jednak.

Ciężko rozmawiać. A w zasadzie łatwo rozmawiać, ale ciężko słuchać. Wysokość zatyka uszy. No to jedziemy i milczymy. Na ten sam temat – że góry piękne, że należałoby kiedyś przyjechać na dłużej pochodzić po nich albo pobiegać, że ludzie prosto żyją, że wyglądają na szczęśliwych. Jedziemy dość wolno, od czasu do czasu tak wolno, że spacerujące poboczami dzieciaki dadzą radzę podbiec chwilę za nami i pomachać. Szczęście bije z ich twarzy. Starsze dzieciaki wyciągają ręce po pieniądze. Rzeczywistość bardzo szybko odczarowała ich światy.

Do Maseru dotrzemy późnym wieczorem. W Lesotho na campingach te samy zwyczaje co w RPA. Najpierw strażnik przy bramie. Spisuje numery. Afrykański „small talk” z nieznajomymi często dłuższy od naszych europejskich rozmów ze znajomymi.

  • Jak się macie?
  • Tak? Ja też świetnie. Wspaniały dzień!
  • Skąd przybywacie i gdzie jedziecie?
  • Namiot? Tak myślę, że są wolne miejsca.. spytacie w recepcji. W prawo i prosto do końca.
  • Skąd jesteście? Z Holandii? Piękny kraj.
  • Nie z Holandii? Z Polski? Piękny kraj.
  • Nie – nie byłem. Ale marzę, żeby kiedyś pojechać.
  • Udanego pobytu. Tu jest pięknie.

W recepcji jeszcze dłużej. Standard plus pytania dodatkowe.

  • Macie rezerwację?
  • Nie macie? To muszę sprawdzić, czy mam wolne miejsce (na początku patrzymy zdziwieni na siebie, bo campingi poza sezonem świecą pustkami, więc co tu sprawdzać??).

Pracownik recepcji przegląda rozmaite kartki i zeszyty. Jedne zamyka, drugie otwiera. Uśmiecha się.

  • A tak.. okazuje się, że mamy wolne miejsce. Wybierzcie, które chcecie.

Pracownik recepcji, sięga po cennik. Sprawdza cenę campingu? Zaczął pracować tu wczoraj? Nie. Chcę się usprawiedliwić, trochę przed sobą, trochę przed nami. Ceny narzucone z góry. Nie wymyśla. Z reguły nie są wysokie. Nie dyskutujemy. Bierzemy.

Orientujemy się po kilku dniach, że tu nie chodzi o jakieś procedury. Chodzi o kontakt z człowiekiem. My chcemy wpaść na camping, zapłacić, wybrać miejsce, przespać się i ruszyć dalej. A oni pogadać. Dowiedzieć się. Podzielić się. Pośmiać się. Po kilku dniach udaje nam się wskoczyć w ich rytm. Tu się nikt nie śpieszy. Tu się nie bywa. Tu się jest.

Lesoto - 1.jpg

Leave a Comment