Drogi i bezdroża Namibii. Fish River Canyon

Na granicy RPA i Namibii poznajemy Matieja i jego dziewczynę. Pochodzą ze Słowenii. Trzy lata temu Matiej otworzył guesthouse (lodge) w Ghanie. Przyjechali do RPA aby trochę odpocząć od buszu. Entuzjastycznie nastawieni do życia. Ich humorów ani trochę nie pogorszą przypadki, które przytrafiły i przytrafią im się w drodze. Nie zmieni się również zdanie, które będą wypowiadać za każdym razem kiedy nas spotkają: „ohhh… we made a mistake”.

Dojeżdżając do granicy z Namibią naszła nas refleksja, że wbrew wielu ostrzeżeniom, że w RPA jest bardzo niebezpieczne i zapewnieniom, że na pewno nas okradną (w najlepszym wypadku), nie spotkała nas żadna nieprzyjemna sytuacja. Co innego Słoweńców. Dwa razy ich okradli (w ciągu dwóch dni). Raz przy bankomacie – oczywiście nie skorzystali z bankomatu na ulicy, gdzie z reguły jest mnóstwo osób i dużo trudniej kogoś okraść, ale z bankomatu zlokalizowanego w pomieszczeniu, w którym nikogo nie było (Matiej wypłacił pieniądze, złodziej wszedł do pomieszczenia zabrał Matiejowi kartę i dalej już sobie poradził). Drugi przypadek to zostawienie pieniędzy w hotelu. Sprzątaczka zabrała. Na dwukrotne stwierdzenie Słoweńców „ohhh… we made a mistake” mogliśmy tylko przytaknąć. Jest też trzecie „ohhh… we made a mistake”. Słoweńcy nie poszli na granicy po stronie RPA po pieczątki od straży granicznej i policji. Muszą wracać spod szlabanu.

Kilkadziesiąt kilometrów za granicą kończy się droga asfaltowa. Zjeżdżamy na drogę szutrową. Zwalniamy, ale okazuje się, że niepotrzebnie. Drogi szutrowe w Namibii są bardzo dobrze przygotowane. Zrobione są ze specjalnego piasku wymieszanego z solą, dzięki czemu w większości są równe i do tego bardzo szerokie. Spytaliśmy lokalesów jak szybko możemy jeździć po takich drogach (nie widzieliśmy żadnych ograniczeń prędkości). Tak szybko jak chcecie! Uważajcie tylko na zwierzęta!

Docieramy do Fish River Canyon, który jest podobno drugim największym kanionem na świecie. Robi podobne wrażenie jak Wielki Kanion w USA. Widoki nas zachwycają. Gdybyśmy mieli trochę więcej czasu to zrobilibyśmy pięciodniowy trekking po dnie kanionu. Tym razem nie damy rady (zostajemy tu tylko dwa dni), więc plan trekkingu wrzucamy do naszej „bucket list” i to na jedno z pierwszych miejsc. Camping w ramach kanionu również robi wrażenie. Byliśmy bardzo zadowoleni z campingów w RPA, a tutejsze są jeszcze bardziej wypasione. Ewidentnie przygotowane dla niemieckich turystów (Namibia była niemiecką kolonią i obecnie większość turystów stanowią Niemcy).

Chwilę po zachodzie słońca na camping docierają Słoweńcy. Ponad trzy godziny później niż my. Witają nas „ohhh… we made a mistake”. Okazuje się, że na granicy z Namibią nie mieli pieniędzy żeby zapłacić podatek wjazdowy za samochód (nie mieli gotówki, a o dziwo pan strażnik nie miał terminala). Strażnicy zatrzymali paszport Matieja i pozwolili mu jechać do pobliskiej stacji benzynowej, gdzie mógłby wypłacić pieniądze. Okazało się, że bankomat nie działa, więc Matiej musiał jechać kilkadziesiąt kilometrów dalej.. gdzie okazało się, że Matiej.. nie pamięta PIN-u, więc musiał wracać po kartę dziewczyny.. Tak minęły im trzy godziny.

Rano ruszyliśmy podziwiać wschód słońca nad kanionem. Nikt poza nami nie dotarł, więc postanowiliśmy tu zjeść również śniadanie z przepięknym widokiem na dno kanionu. Rozmarzyliśmy się. Dlaczego by tak nie robić przez resztę życia? Musimy nad tym popracować.

Słoweńcy nie pojechali na wschód słońca gdyż wstali chwilę po 9. No i jak się okazało w nocy wjechali w akację, której kolce powbijały im się w namiot. Ponadto, stwierdzili, że tak jak my chcą również pojechać do Botswany, ale „ohhh.. we made a mistake” i nie załatwili wizy do Bostwany. Trochę nas to zdziwiło, bo Polacy nie potrzebują wizy do Botswany, więc dziwne, żeby inny kraj z UE potrzebował, no ale skoro tak twierdzą, to pewnie mają rację.

IMG_1562

Leave a Comment