Różnie ludzie mówią. Jedni twierdzą, że dzisiejszy odcinek drogi, który pozwoli nam wyjechać z Chobe jest trudniejszy od wczorajszego. Inni, że łatwiejszy. Wolimy się miło zaskoczyć. Zakładamy, że będzie trudniej, o ile w ogóle może być trudniej. Ruszamy wczesnym rankiem, w myśl zasady, że wszystko co trudne najlepiej zrobić rano. Po dwóch godzinach drogi docieramy do bramy wyjazdowej z parku, okazuje się, że nie taki diabeł straszny. Co prawda i tak w lodówce znowu wszystko wywrócone do góry nogami, ale do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Pora na nagrodę. Wynagradzamy sobie każdy pokonany trudny odcinek drogi małymi przyjemnościami. Niekoniecznie najzdrowszymi, no ale w końcu jesteśmy na wakacjach. Tym razem puszka coli i snickers.

Chcemy dziś dotrzeć w okolice delty rzeki Okawango. To największa na świecie śródlądowa delta, która niegdyś uchodziła do jeziora Makgadikgadi. Jezioro wyschło tysiące lat temu i dziś pozostała po nim kotlina Kalahari. Delta tworzy jednak ogromne rozlewisko, zamieszkiwane przez niezliczone mnóstwo zwierząt. Nieformalnie deltę rzeki Okawango dzieli się na jej wewnętrzną i zewnętrzną część. Na terenie zewnętrznej części zlokalizowane są liczne parki, między innymi ten do którego zamierzamy dziś dotrzeć, czyli Moremi Game Reserve. Do wewnętrznej części nie da się dotrzeć samochodem. Jest to jeden z trudniej dostępnych fragmentów globu. Trzeba dolecieć samolotem albo helikopterem i dalej płynąć jeszcze kawałek łodzią. Zakwaterowanie możliwe jest tylko w ramach zorganizowanych guesthouse’ów. Noclegi zaczynają się od 800 dolarów za noc. Nie mamy ani czasu, ani pieniędzy na takie atrakcję, pozostaje nam zatem pomarzyć i poczuć chociaż przedsmak wizytując zewnętrzną część delty Okawango.

Strażniczka przy bramie wjazdowej do Moremi jest mocno znudzona. Nawet jej się nie chce do nas ruszyć, by sprzedać bilety. To jednak my mamy interes. Po przeżyciach ostatnich dni i doświadczeniu tutejszych dróg, lepiej spytać, które drogi w parku są przejezdne, szczególnie, że mapa wskazuję, że konieczna będzie przeprawa przez rzekę. Strażniczka sprzedaje nam bilety i macha na mapę: „jest sucho, nie trzeba jechać przez rzekę, szerokiej drogi, no może na końcu będzie trochę wody, ale poradzicie sobie..”

Krążymy po parku. Jest przepięknie. Stada antylop. Bawoły i mnóstwo hipopotamów. Mimo, że jesteśmy w trakcie pory suchej, to woda zdaje się wszędzie zaznaczać swoją obecność. Jesteśmy już bardzo blisko campingu, a GPS sugeruje przejazd przez rzekę. Nie widać innych chętnych do przejazdu, nie widać dna, w okolicy kręcą się hipopotamy. Lila oczywiście nalega żebyśmy jednak spróbowali przejechać, ale Bart wrzuca wsteczny i znajduje inną drogę przejazdową, na której stan rzeki jest wystarczają nisko, aby bez większych problemów przez nią przejechać.

Dziś przypada miesiąc po naszym ślubie. Postanowiliśmy z tej okazji przelecieć się nad Deltą Okawango. Impreza do tanich nie należy i ciężko o miejsca na pokładzie malutkich samolotów, ale jak zwykle mamy szczęście i okazuje się, że w ostatniej chwili z lotu zrezygnowała jakaś para i możemy wskoczyć na ich miejsce za niższą cenę. Od razu jesteśmy skierowani na lotnisko, gdzie wita nas z uśmiechem na ustach na oko dwudziesto-paro letnia dziewczyna i informuje nas, że będzie dziś… naszym pilotem. Od razu po wejściu na pokład samolotu, Bart pyta panią o doświadczenie w zakresie pilotowania samolotów. Okazuje się, że dziewczyna od kilku ładnych lat jest instruktorem latania, a nad Okawango od półtora roku wykonuje średnio osiem lotów dziennie. No dobrze, możemy się skupić na podziwianiu przyrody z lotu ptaka. Wrażenie jest niesamowite bo i perspektywa całkiem inna. Dokładnie widać z góry stada pijących wodę antylop, dmuchających na siebie piaskiem słoni czy goniących się żyraf. Lot trwa około godziny i kończy się o zachodzie słońca.

Docieramy na granicę Botswany i RPA. To ostatnia noc na terenie Botswany, co sygnalizuje, że nasza podróż wielkimi krokami zbliża się do końca. Po raz ostatni cieszymy się noclegiem na campingu, który nie jest oddzielony od parku żadnymi zabezpieczeniami, dzięki czemu możemy przy kolacji obserwować przechadzające się obok zwierzęta. Szczęśliwie trafiają nam się mniejsze ssaki, a nielubiane przez nas hieny i tym razem omijają nas szerokim łukiem. Nic złego nie może już się wydarzyć.