Botswana. Słoń, który przywrócił nadzieję.

Wjeżdżamy do Botswany. W trójkę. Strażnik po namibijskiej stronie prosi abyśmy przez granicę przewieźli jego koleżankę. Jego spojrzenie nie pozostawia wątpliwości. Od naszej decyzji zależy, czy będzie miły, czy nie. Niezależnie od jego nastawienia i tak byśmy panią zabrali ze sobą.

Przejazd przez granicę nie trwa długo, ale konieczność przesunięcia zegarka o godzinę do przodu spowodowała, że poranek minął szybko. Dojeżdżamy do najbliższego miasta – Kasane – bramy do parku narodowego Chobe i ruszamy do banku wymienić pieniądze na lokalne pule. Szybko orientujemy się, że Botswana to zupełnie inny kraj niż RPA czy Namibia. Po pierwsze, o czym mało kto wie, jest to jeden z najszybciej rozwijających się krajów świata. Od 1966 do 1999 wzrost PKB wynosił średnio 9 % rok do roku. Oczekiwana długość życia w tym czasie wzrosła z 48 lat do 65 lat. Prawie 10% PKB państwo przeznacza na edukację (w Polsce ponad połowę mniej). Poziom korupcji jest niższy niż np. we Włoszech, Grecji, na Węgrzech, Czechach czy w Polsce. Nawet kilkuletni dzieciak płynnie mówi po angielsku. Od początku niepodległości Botswany krajem rządził Seretse Khama (obecnie prezydentem jest jego syn Seretse Iana) i był to polityk, którego stawia się za wzór władcom innym państw afrykańskim. Niestety, ci w większości z tego wzoru nie korzystają. Dzięki mądrej polityce, wielu reformom i wydobywaniu diamentów, Botswana jest dziś bardzo dobrze prosperującym krajem. Nie doświadczyliśmy w nim typowego dla innych państw afrykańskich „płaszczenia” się przed białymi. W wielu innych krajach afrykańskich, jak biały wchodzi do banku, to wszyscy wręcz padają przed nim na kolana. W Botswanie, ochroniarz stojący przy drzwiach grzecznie nas prosi abyśmy poczekali w kolejce na naszą kolej. To nam się podoba! To najbezpieczniejszy kraj w Afryce, można tu spać w śpiworze pod chmurką i żaden człowiek nic złego Ci nie zrobi. Nikt jednak nie śpi pod chmurką. Dlaczego? Dlatego, że parki narodowe nie są oddzielone od reszty kraju żadnymi ogrodzeniami. Nikogo nie dziwi widok antylopy czy słonia w mieście.

Ruszamy na kolejne safari. Tym razem wodne. Płyniemy rzeką Chobe (Kuando), która stanowi dopływ Zambezi. Świetna odskocznia od samochodowego safari. Możemy zobaczyć zwierzęta z innej perspektywy. Słonie brodzące w rzece i zajadające się trzciną. Hipopotamy, krokodyle i mnóstwo ptaków. Podobno nawet hipopotamy są tu pokojowo nastawione do ludzi, gdyż w Botswanie obowiązywał zawsze zakaz polowania na zwierzęta, więc te nie wykształciły w sobie przekonania, że człowiek jest ich potencjalnym wrogiem, więc o ile nie czują zagrożenia to nie atakują ludzi. No i jeden z piękniejszych zachodów słońca jakie widzieliśmy.

Drogę na kemping zagrodzi nam słoń. Nie mamy wyboru, musimy poczekać, aż sobie pójdzie. Pierwszy raz śpimy na kempingu bez ogrodzenia, więc zastanawiamy się kto nas odwiedzi tej nocy. Nikt nas nie odwiedza, a przynajmniej żadnej obecności nie zanotowaliśmy. Słyszymy tylko w oddali słonie, no i te przeraźliwe wycie hien.

Rano ruszamy do środkowej części parku narodowego Chobe, jednego z najdzikszych parków i zarazem chyba największego skupiska zwierząt w Afryce. Chcemy dziś przejechać przez cały park, ale już pierwsze kilometry wskazują, że będzie bardzo trudno. Jedziemy non stop przez gęste piachy. Modlimy się, żeby nie utknąć. Po chwili jednak się zakopujemy. Nie da rady ani do przodu, ani do tyłu. Bart wychodzi odkopać koła. Na zewnątrz z 40 stopni Celsjusza. Pełne słońce. Trzeba kopać w głębokim piachu i przy tym obserwować, czy nie zbliża się jakiś lew. Po chwili ruszamy dalej. Po 8 godzinach drogi na liczniku mamy przejechane 200 kilometrów, dojechaliśmy do kempingu, który miał stanowić wyłącznie nasz postój, ale nie mamy już siły, ani ochoty żeby jechać dalej. Jesteśmy wykończeni. Pół dnia podskakiwania na wertepach i walki o to by nie zakopać się w piachu. Kemping drogi jak diabli, ale nie mamy wyboru. Bart stanowczo odmawia jazdy dalej. Zatrzymujemy się przy bramie wjazdowej, wysiadamy, żeby załatwić formalności. Dopada nas strażnik:

  • czy macie gaz w samochodzie? Bo strasznie śmierdzi gazem..
  • yyy, nie mamy gazu.. samochód jest na benzynę… (po chwili).. butla z gazem do gotowania! ale jak to możliwe?

Otwieramy bagażnik. Syczący z butli gaz niemal zwala nas z nóg. Zakręcamy i zwiewamy jak najdalej od samochodu. Czekamy. Nic się nie dzieje. Wracamy do samochodu. Wszystko śmierdzi gazem. W trakcie jazdy po wybojach odkręciła, albo po prostu uszkodziła się butla z gazem. Nie wiemy jak dawno, ale wiemy, że mieliśmy cholernie dużo szczęścia, że jeszcze żyjemy. W bagażniku armagedon. Krzesła uszkodziły lodówkę. W lodówce całe zgromadzone jedzenie stworzyło jedną ciekłą substancję. Co się do cholery dzieje?

Dojeżdżamy na wyznaczone nam miejsce kempingowe. Straż kempingu odradza wychodzenie z samochodu, z uwagi na dzikie zwierzęta (kemping nie jest ogrodzony). Mamy to w nosie. Co się dziś jeszcze może wydarzyć? Wyciągamy krzesła i butelkę wina, która jako jedyna przetrwała dzisiejszą przeprawę. Wino jest ciepłe i niesmaczne. Wypijamy prawie duszkiem. Milczymy. Znowu prawie zginęliśmy. Myśli rozsadzają głowy. Podjeżdżają Francuzi, wylewają zawartość lodówki, nic nie przetrwało, ledwo stoją na nogach. Wymieniamy spojrzenia, słowa są zbyteczne. Podjeżdża Szwajcar, jechał czternaście godzin, piach wypada mu z buzi podczas mówienia, pomagał wydostać się z wydm dwóm Niemcom, którzy utknęli po drodze. No i jeszcze Amerykanie. Z samochodu wyskakuje Jankes. Ogląda samochód, klnie. Na masce samochodu zaznaczył poziom wody, przez którą przejechał. Niewiele brakowało i zakryłoby samochód. Co tu się dzieje? Czy to jest zlot kierowców samobójców? Wszystko wygląda jak w jakimś złym śnie.

Opanowaliśmy stres, wkurzenie i rozgoryczenie. Trzeba posprzątać samochód i oszacować straty. Poprzestajemy na tym pierwszym, bo nie mamy już sił i nerwów, żeby odkrywać kolejne wgniecenia w samochodzie. Nie mamy jedzenia. Całe nasze zapasy nadają się do wyrzucenia. Do najbliższego sklepu pewnie ze sto kilometrów. No, ale jeszcze nie było tak, żeby jakoś nie było.

Kończymy sprzątanie lodówki. Podchodzi Niemiec. Wymieniamy trochę opinii na temat tutejszych dróg i idziemy w swoje strony. Niemiec przybiega:

  • yyy tak pomyślałem, że mamy trochę więcej jedzenia, które się pewnie popsuje jak go nie zjemy, więc może.. zjedlibyście z nami?

Godzinę później jemy przepyszne mięso z antylopy kudu zrobione na ognisku i opowiadamy sobie o wrażeniach ze wspinaczki w Himalajach – okazuje się, że wchodziliśmy na te same góry. Zastygamy. Dwadzieścia metrów obok nas przechodzi słoń. No tak, czyli na koniec dnia zostaniemy zadeptani przez słonia. W sumie nic nas już dziś nie zdziwi. Słoń jednak wybiera konsumpcje trawy i oddala się w pobliskie krzaki.

To był chyba najbardziej intensywny dzień podczas naszej podróży. No ale nie możemy tak po prostu pójść spać z negatywnymi emocjami. Wchodzimy do namiotu, otwieramy klapy i wysuwamy się przez jedną z nich. Na niebie nie ma ani jednej chmury. Podziwiamy gwiazdy i przepiękną drogę mleczną. Wydaje się, że jest na wyciągnięcie ręki. Tak bardzo blisko. Zapadamy w półsen. Chyba pod nasz samochód przyszedł słoń. A może już śpimy i to tylko sen? Rano przy samochodzie zobaczymy ogromne ślady słonia. A jednak przyszedł, oznajmił, że wszystko będzie dobrze, że się nami opiekuje i że nie pozwoli żeby coś złego nam się przytrafiło.

IMG_2625

2 Comments
  1. avatar image
    Karolina at 1 September 2016 Reply

    Cześć! Dokładnie wiem o czym piszecie. Jutro wylatuje z Gaborone, w Botswanie też miałam intensywne przygody, bardziej w Moremi niż Chobe ☺

  2. avatar image
    Buła at 1 September 2016 Reply

    Fajnie się Was czyta! Pozdrawiam i życzę wielu ekscytujących wspólnych podróży!

Leave a Comment